Miesiąc styczeń zaczął się tak jak każdy pierwszy miesiąc nowego roku zacząć się musi. Wszyscy z lekka rozleniwieni i objedzeni po świętach wracaliśmy do pracy, starając się na nowo uporządkować plany treningowe i rutynę dnia.
Nie zrozumcie mnie źle, uwielbiam święta i moją pracę, ale kiedy tydzień nagle z trzydniowego zmienia się na pięciodniowy, kiedy ciągle są przerwy spowodowane wolnym to mnie osobiście (i koniom pewnie też) trudno odnaleźć się w takiej rwanej codzienności. Zatem na początku stycznia wszyscy staraliśmy sobie poukładać co będziemy robić i jak trenować.
Kiedy koń nie umie ZUPEŁNIE nic (to norma w mojej pracy)
Wraz z początkiem stycznia, przyszła kolej na zajeżdżenie nowego rzutu koni. Osaka, Quoti, Guliwer, Księżyc, Kacperek i Melchior miały już zrobione zęby, odpasły się trochę przeszły przez pierwsze lonże, korytarze i taki ogólny kontakt z człowiekiem. Nauczyły się grzecznego wiązania, prowadzenia, łapania i nakładania kantarów. Akceptowały dotyk i można było bez ryzyka czyścić ogon i kopyta. To brzmi prozaicznie wiem. Jednak kiedy przyjeżdża do ciebie CAŁKIEM SUROWY KOŃ czyli taki, który po prostu nie miał kontaktu z człowiekiem to ten koń NIC z tych rzeczy nie umie i nie ma ani trochę ochoty się ich uczyć … bo on tego do życia zwyczajnie nie potrzebuje. I nie rozumie dlaczego miałby wchodzić w interakcje z człowiekiem.
I tu zaczyna się nasza praca. I tu zaczyna się zabawa… bo podejście koni do człowieka jest tak diametralnie różne, że można by napisać o tym książkę. Każdy z koni reaguje inaczej na dotyk, kantar, szczotki. Te bardziej dominujące próbują wszystkiego, żeby pokazać człowiekowi, gdzie jest jego miejsce (tak mam na myśli wspinanie, chwytanie zębami, kopanie … konie mają naprawdę milion sposobów, żeby powiedzieć „spierdalaj”, i nie piszę tu o reakcjach wywołanych lękiem) te bardziej ugodowe podchodzą do sprawy z zainteresowaniem, czasem przestrachem, inne próbują się od razu zaprzyjaźnić … reakcji jest milion… Jedne uczą się szybciej inne wolniej. Z każdym jest po prostu trochę inaczej. Niemniej kiedy można je już wyczyścić, normalnie przy nich chodzić, wyprowadzać na padok czy halę to robi się naprawdę przyjemnie w stosunku do tej kosmatej dziczy która przyjeżdża.
Duże konie, duże wyzwanie – moja lekcja pokory nr 1
Moja obecna grupa koni to 3 ujeżdżeniówki: Quoti, Osaka i Melchior i 3 skokówki Księżyc, Kacperek i Guliwer. Same chłopaki z jedną dziewczynką. Łączy je jedno: są naprawdę DUŻE. Największy Guliwer ma ponad 180 cm i przebudowany zad czyli będzie jeszcze rósł. Ostatnio konie były trochę młodsze i w związku z tym także i mniejsze. Te konie są zdecydowanie z tych „starszych” w roczniku w związku z tą kilkumiesięczną różnicą mam wrażenie, że nie pracuję ze słodkimi uczniami pierwszej klasy szkoły podstawowej tylko ze zbuntowanymi nastolatkami. Czyli nie chce im się pracować, wszystko wiedzą najlepiej, ale człowieku nie zostawiaj mnie sam bo zginę i się wystraszę. Mniej więcej coś w tym stylu.
W praktyce wygląda to tak, że jednego dnia wszystko szło modelowo, żeby w dniu następnym, bez żadnego powodu i ostrzeżenia dokumentnie się zepsuć. Ten brak przewidywalność był koszmarnie dobijający. Straszne było wszystko, czaprak, siodło, pas, taczka z kupami przestawiona o 5 cm, liść który sfrunął z drzewa… dźwięk którego nikt poza koniem nie usłyszał… każda rzecz była potencjalnie wielkim wilkiem, który mógł konia zjeść.
W ciele konia sportowego drzemią ogromne predyspozycje ruchowe i skokowe potężne zasoby energii, szybkości i siły. Jednak zanim koń nauczy się wykorzystywać te cechy tak jak oczekuje tego człowiek, przypomina trochę Ferrari albo Porsche bez hamulców i kierownicy.
Kiedy w panikę bądź złość wpada WIELKI, SZYBKI, POTĘŻNY, SILNY KOŃ SPORTOWY. Niezależnie od tego czy siedzi się na tym koniu czy stoi obok to poczucie tego potężnego żywiołu robi OGROMNE WRAŻENE i generalnie sprawia, że człowiek może poczuć się bardzo, bardzo mały w obliczu tej potęgi.
Małymi krokami do przodu i byle nie dać się zabić – moja lekcja pokory nr 2
W takiej sytuacji przyjęłam strategię małych kroków, spokojnie i bezpiecznie. Wszystko utrwalałam po kilka razy i nie liczyłam ani przez chwilę, że coś przyjdzie łatwo. W momencie kiedy na lonży koń skupiał się na mnie i zaczynał być grzeczny po kilku ćwiczeniach wracaliśmy do stajni. Niestety, bywały dni kiedy ten „powrót” do człowieka zajmował bardzo dużo czasu.
Położyłam nacisk na bezpieczeństwo, wykorzystując odczulanie w stajni i w ruchu. Zbliżałam i oddalałam WSZYSTKIE rzeczy które mi samej wydały się straszne, oraz zalewałam szeleszczącą folią, makaronami, torebkami z biedronki… Przywiązywanie tych cudów do siodła zajmowało okrutnie dużo czasu, ale nareszcie dotykające boków strzemiona, szeleszcząca kurtka czy podpinany popręg, przestały robić wrażenie.
Skupiłam się też bardzo na prawidłowym ustaweniu ich ciał, bo z początku ich równowaga była wybitnie słaba. Jakiś niewłaściwy krok wywoływał dużo spięcia, buntu i paniki. Pracowałam nad zaufaniem i szacunkiem, starając się być stabilnym, czytelnym uczciwym przewodnikiem. U tych dużych „bezplecowych” uczniów musiałam zbudować muskulaturę niezbędną, aby być w stanie w komforcie nieść jeźdźca.
Guliwer bardzo otworzył się i zrelaksował podczas nauki cofania – miałam wtedy tyle lizań i parsknięć, że aż miło było popatrzeć. Join-up też trochę pomógł, bo Guli wtedy po raz pierwszy zobaczył, że może oddychać w mojej obecności. Samodzielnie wybrał moje towarzystwo i podążał za mną. Od tamtej pory bez problemu daje się łapać – wcześniej nie można było dotknąć go po łopatce.
Teraz pisząc te słowa, mogę już powiedzieć, że konie w styczniu zrobiły ogromny postęp. Jednak nie było ani łatwo ani przyjemnie…i wciąż jest dużo do zrobienia. Pracy nie ułatwiał fakt, że konie diametralnie różnią się charakterami i możliwościami fizycznymi… i w związku z tym z każdym z nich pracuje się zupełnie inaczej i trzeba wychwycić niuans, który może zmienić się dosłownie z dnia na dzień. Ciesze się, że sytuacja pomału się stabilizuje i nic już nie mówię, żeby nie zapeszyć.
Na razie moim ulubieńcem jest Melchior bo jest grzeczny, jezdny spokojny i ujeżdżeniowy. Chodzi już samodzielnie w trzech chodach na hali i ma wspaniały galop + bardzo sam z siebie oferuje kontakt. Na nagraniu to jego drugie podejście do hali i chyba druga samodzielna jazda.
Do Guliwera mam sentyment bo włożyłam w niego dużo serca. Widzę też, że on naprawdę zaczął mi ufać. Jest naszym stajennym olbrzymem i jak już będzie skakał ze mną na grzbiecie to pęknę z dumy. W korytarzu jego skoki prezentują się bardzo obiecująco, bo jest szalenie uważny.
Zaskoczył mnie też Quoti – ujeżdżeniowiec. Po jego złości na cały świat, że czas zacząć pracować zrobił się całkiem stabilny i moje pierwsze jazdy na nim były o wiele milsze niż się spodziewałam także… future looks bright with that man!
Wszyscy tęskniliśmy za padokiem – moja lekcja pokory nr 3
Kolejnym powodem, dla którego styczeń zaczął się ciężko był fakt, że padoki nie działały i nasze biedne konie musiały stać w boksach. Napiszę krótko, poziom FRUSTRACJI u tych zajeżdżanych już i tak nie łatwych koni oraz u tych które ładnie pracują wzrósł do niebotycznych rozmiarów. Było mi ich po prostu bardzo szkoda, że nie mogą wyjść. I było mi szkoda nas, że musimy znosić ich frustracje i niezadowolenie. WSZYSCY CIERPLIELIŚMY i kiedy podłoże na tyle się poprawiło, że codzienne wyjścia na padok wróciły do normalności to i my i konie odetchnęliśmy z ulgą.
Jak radzi sobie stara gwardia?
KASZTANKA I KARUSIA
Przed dziewczynami ostatni miesiąc w treningu ze mną. Karusia jest super i jestem z niej dumna. Z natury jest koniem długim, o budowie sprzyjającej zadzieraniu się. Jednak udało mi się nauczyć ją poruszać się w zaokrągleniu i w tym zaokrągleniu wykonywać rytmiczne przejścia. Stała się też miękka i spokojna dlatego zaczęłam jeździć ją już w siodle ujeżdżeniowym, jak na dresiaża przystało. Miło zaskoczyła mnie kiedy jeździło na niej dwóch różnych jeźdźców – pod obiema dziewczynami prezentowała się bardzo dobrze. I wszyscy bardzo ją chwalili, że przyjemna do jazdy i bardzo urodziwa. Przed nami ostatnie wyzwanie – uczymy się skakać. Co z tego wyniknie zobaczymy niedługo, ale jestem dobrej myśli.
Kasztanka, niestety trochę kulała (uroki zimowego podłoża) i dlatego została w treningu nieco w tyle. Jednak nasza relacja bardzo się poprawiła i koniczek zrobił się po prostu grzeczny – a była małą trzęsącą się iskierką i zagalopowanie jest już o wiele bardziej spokojne i przyzwoite. Trochę jeszcze przed nami, ale mam na nią pomysł i plan. A TO JUŻ POŁOWA SUKCESU.
Jadzia prawdziwa gwiazda stycznia. Przez kosmate niezajeżdżone konie musiała cierpliwie czekać na swoją kolej. Ponieważ, jest koniem wybitnie energicznym bałam się jak to zmniejszenie pracy na nią wpłynie… i okazało się że zupełnie bezpodstawnie. Jadzia stała się spokojnym przyjaznym koniem … I zaczyna pierwsze skoki. Uwielbiam jak fruwa, bo robi to z wdziękiem, gracją i odwagą. Po za tym jest stajenną królową błota. Jeśli na padoku jest zamarznięta kałuża to ona zrobi w niej dziurę i będzie tarzać się w tym co wypłynie. Ma dziewczyna determinację.
Królowa Isia
Królowa Isia to po prostu królowa Isia! Cieszę się, że jest i że tak ładnie się rozwija za nami trening wyjazdowy, na którym była na medal dlatego możecie przeczytać więcej o niej tutaj.
Moi dwunożni uczniowie
Nieregularność i święta odbiły się trochę na liczbie treningów, które moi ludzcy podopieczni mogli odbyć. Jednak nie wpłynęło to na jakości ich jazdy, a wręcz przeciwnie odpoczęli, pomyśleli, pojedli, stęsknili się za końmi i za treningami.
Leti i Niagara poszły w wysokości do góry. Pracowałyśmy nad równowagą w zakrętach oraz nad długimi najazdami. Wyszło nam naprawdę dobrze! Teraz czekamy na dietę Niagary i przyczepę, która zawiezie nas na pierwsze w tym sezonie zawody.
Gosia z Rudziem poszli do przodu jeśli chodzi o precyzję wykonywanych ćwiczeń (głównie Gosia bo Rudzio w tej parze robi za profesora) i relacyjnie widzę, coraz więcej świadomego przewodnictwa Gosi, a Rudzio Gosię po prostu uwielbia więc idzie za nią jak w ogień.
Zdecydowaliśmy też (Rudzio, Gosia i ja), że pojedziemy na szkolenie z Elsa Sinclair od TAMING WILD na wiosnę – organizowane przez CLINTARANIKA. Bardzo ciekawi mnie jak będzie i czekam na to jako na pewnego rodzaju inspirację do dalszej pracy. Obiecuję o tym napisać i wszystko zrelacjonować.
Paulinka i Borys otworzyli oficjalnie sezon szlafrokowania. I treningi były raczej przyjemnościowe oraz relaksacyjne. Zawsze powtarzam, że lżejszy trening jest lepszy niż całkowite odpuszczenie. A Paulinka NIGDY nie odpuszcza. Dostałam prezent w postaci filmów z samodzielnych jazd Borysa i Pauliny. Które możecie obejrzeć na moim Instagramie w wyróżnionych story. Zawsze mnie to rozczula i cieszy, bo moje zadanie to przede wszystkim danie jeźdźcom narzędzi do niezależności.
Jak dobrze, że jest już luty
W styczniu sen z powiek spędzały mi moje nowe młodziaki, nad którymi musiałam naprawdę nieźle się zastanowić i pracować wytrwale, cierpliwie i jeszcze raz cierpliwie. Nie był to przyjemny początek roku bo wszystkie inne konie oraz moi uczniowie pracowali na medal, a tu taki impas. Takie momenty po prostu są i trzeba je przetrwać. Są nieuniknione … i chyba właśnie one sprawiają, że cieszymy się jak już wyjdzie.
Z pokorą ubłocona i zmarznięta przetarłam niezliczoną ilość rękawiczek i rozkleiły mi się buty bo czasem trzeba było stać w błocie po kostki, albo jechać za uciekającym koniem niczym na nartach widnym. Zaczynałam ciągle od nowa, z nadzieją że w końcu coś zaskoczy… i na szczęście zaczęło zaskakiwać. Nauczyłam, się też radzić sobie ze strachem. Nie ukrywam były momenty kiedy miałam duszę na ramieniu, ale dałam radę przezwyciężyć mój strach i jestem z tego dumna.
Pomogło mi zdanie, które powiedział mi kolega z pracy, napisze je tutaj bo może komuś z Was też się przyda:
„Kiedy zaczynasz się bać, zaczynasz się też spinać, a Twoje spięcie w niczym nie pomoże Ci utrzymać się w siodle bo usztywnienie sprawia, że nie podążasz za koniem tak płynnie jak w rozluźnieniu. Dodatkowo lęk wpływa na konia, który go wyczuwa i sam zaczyna się stresować bardziej. Dlatego dla siebie i dla tego konia po prostu nie możesz pozwolić sobie się bać. Ilekroć się boisz powiedz sobie że Twój lęk może Ci tylko zaszkodzić, dlatego odrzuć strach.”
Cieszę się że jest już luty i że dni stają się coraz dłuższe.
Trzymajcie się ciepło,
Hania.

