Cóż, w zasadzie każdy jeździec zbyt dobrze WIE o czym mówię ... Paradoksy jeździectwa, takie rzeczy, które na pewno się zdarzą jeśli zdarzyć się mogą. Kiedy się dzieją pozostaje nic innego jak tylko złapać się za głowę i powiedzieć: „cholera!!!” 😀 Jest ich w zasadzie NIESKOŃCZONA liczba …. ja postanowiłam wypisać te które ostatnio przyszły mi do głowy i które szybko zapisałam w telefonie.
1. Wodze się TRZYMA – nigdy nie ciągnie
Pamiętam, że w mojej własnej jeździeckiej przygodzie ogarnięcie tego tematu to był KROK MILOWY! Może nawet nie tylko milowy a duuużo większy. A kiedy już się tego nauczyłam to stało się to oczywistym pewnikiem, bez którego ani rusz dalej. Niemniej tak to właśnie jest, że wodze po prostu się trzyma… choć w aktywny sposób, nieustannie podążając za pyskiem konia. I to wymaga ogromnego wyczucia, wiedzy, stabilności i zręczności jednocześnie. Kiedy to już zaskoczy to jest tak jakby ktoś nam odblokował kolejny level.

W momencie kiedy zaczniemy ciągnąć za wodze, jazda zmienia się w zabawę „kto przeciągnie mocniej” i cała jazda zaczyna być często bezsensowną walką. Zwłaszcza z koniem, który faktycznie ciągnie NIGDY nie daj się wciągnąć w przeciąganie. Tylko stabilna i konsekwentna jazda nauczy konia lekkości na pysku. To stabilna lekka jazda zachęci konia, żeby nie iść na pusto i jednocześnie nie walczyć z pyskiem ciągnąc.
2. Kiedy nie masz ochoty jeździć to zaliczasz trening życia
Eeeeem kto się z tym nie zgodzi… bardzo często od moich uczniów dostaję wiadomości typu: „strasznie mi się nie chciało jeździć ale się zmobilizowałam i pojechałam i było super” albo „Jezu jak mi się dziś nie chciało jeździć, ale trening wyszedł taki fajny” cóż …. tak po prostu jest…
Sama też często się na tym łapię XD
3. Jeśli wszystko idzie SUPER to najwyższa pora na KONTUZJĘ
Twoją kontuzję albo twojego konia. Złapaną w najmniej pożądanym i oczekiwanym momencie – życie 🙁
4. Kiedy masz dobry dzień i dosłownie unosisz się nad ziemią… Twój koń pokaże Ci fu**cka i dostaniesz depresji
Hmmm bo przecież memy skądś się muszą brać. Chciałabym wiedzieć dlaczego tak jest … ale nie wiem i nie powiem… może dlatego, że jazda konna to relacja i konie też mają prawo do ekspresji swojego gorszego samopoczucia.
Mnie przed depresją permanentną ratuje nie branie personalnie do siebie, gorszych dni koni, na których jeżdżę i to moja jedyna rada w tym temacie … lepsze i gorsze momenty mają to do siebie że zawsze mijają.
5. Konia „do przodu” jeździsz „z łydkami”
Nie ma lepszego sposobu na zwolnienie konia niż zamknięcie go w łydkach. Tzw. „Konie do przodu” wraz z podparciem, a co za tym idzie aktywnością zadu zyskują lepszy balans, skupienie na swoim ciele co pozwala je zrelaksować i zwolnić.
Pamiętam, że kiedy zaczynałam moją przygodę z Rudziem totalnie nie mogłam poradzić sobie z faktem, że on pędzi naprzód i rozgląda się na wszystkie strony – gubił wtedy rytm i całkowicie się rozpadał … zupełnie nie mogłam nad tym zapanować. (Co więcej moi ówcześni trenerzy przede wszystkim skupiali się na problemie pyska, który był wtedy najbardziej widoczny a nie na problemie zadu i ciała) Długo zajęło mi wymyślenie, że tak naprawdę chodzi o zad i przejeżdżanie od tyłu do przodu przy stabilnym korpusie i rozluźnionym brzuchu każdej strasznej rzeczy, którą potencjalnie możemy napotkać.

Muminka z kolei nie miała problemu de facto z pędzeniem tylko z reakcja na łydkę, która była nie poprawna. Mumi nie rozumiała, że oznacza „zaangażuj ciało” „zaangażuj zad”. W momencie kiedy wytłumaczyłam jej o co tak naprawdę mi chodzi problem z ciągnięciem i pędzeniem ustał, bo klacz odzyskała równowagę, przestała panikować + chyba co najważniejsze nauczyła się słuchać moich wskazówek przekazywanych właśnie przez nogę.
6. Jeśli wydaje Ci się, że wyglądasz jak KUPA to prawdopodobnie idzie Ci DOSKONALE
Ja tak mam, masa jeźdźców też tak ma … Często kiedy np. zaczynamy skakać, albo robić jakąś nową rzecz, albo generalnie czasami po prostu mam poczucie, że moja jazda to królestwo chaosu. I bardzo miło jest wtedy sobie pomyśleć: „eeeej w rzeczywistości wcale nie jest tak źle”.
To chyba po prostu normalne, że na koni czujemy się jak w kokpicie samolotu, nawet jeśli w rzeczywistości wszystko wygląda harmonijnie.
Kiedy wykonywano to zdjęcie miałam w głowie tylko to: „oooo ja cie za chwilę zgubię słuchawki i do tego nie moje, dlaczego Cecylia tu stoi przecież w nią wjadę (nie wjechałam), koło wygląda jak stłuczone jajo (nie wyglądało) koń mi się rozsypuje i … wogóle to ten galop jest płaski … (nie był)

7. Jeśli czujesz, że jedziesz niczym Mistrz Świata to prawdopodobnie wygląda to bardzo źle
No cóż … ja często mam tak, że jak wydaje mi się z siodła, że jadę wybitnie to cóż do wybitności bardzo daleko... dlatego zdecydowanie wolę punkt powyżej.
8. Konia „do pchania” uczysz jeździć „bez łydek”
To jest szalenie istotne, żeby reakcja konia na łydkę była NATYCHMIASTOWA – bez zastanowienia, taka jakby od tego zależało jego życie. Jeśli chcemy jeździć precyzyjnie to reakcja musi taka być – ale w rozluźnieniu. Bardzo kładę na to nacisk i to jest dla mnie ważne od samego początku. Jakakolwiek opieszałość w reakcji na łydkę ZAWSZE odbija się czkawką: wyłamaniami, nieprawidłowym odskokiem, kiepskim ustawieniem zadu, słabymi przejściami… i tak dalej i tak dalej.
Pracując z końmi „do pchania” baaardzo mocno egzekwuję reakcję, rozjeżdżam i ODPUSZCZAM – starając się maksymalnie wydłużać i nagradzać momenty kiedy koń idzie sam z siebie.
Konsekwentnie wymagam, pracy zadu, z którym w naturalny sposób przyjdzie ruch naprzód.
Zili to konik którego na początku musiałam przede wszystkim rozjeżdżać. I właśnie rozjeżdżając go – dbając przede wszystkim o reakcje na łydkę wypracowałam ustawienie, zagalopowania, rozluźnienie, koła, przejścia drążki 😀 A cały czas skupiałam się tylko na ruchu naprzód.
Ja osobiście lubię pracować z takim typem koni, bo z natury są one raczej rozluźnione i mają dobre głowy. Jedyne zadanie to je uruchomić… ale uruchamianie konia jest fajniejsze niż jego uspokajanie. Trust me!

9. Jeśli właśnie wykonujesz „to ostatnie ćwiczenie” po którym „już na pewno skończymy” to właśnie to ćwiczenie na pewno się zepsuje
Cóż ileż to razy wykonując „ten ostatni element”, „ten ostatni skok” „to coś ostatniego po którym już na pewno skończycie” zadziało się coś tak spektakularnie złego, że trening trzeba było przeciągać w nieskończoność? – zbyt wiele razy.
Pamiętam, że kiedy zaczynałam uczyć się jeździć samodzielnie, bez trenera, to właśnie przeogromnie dużo czasu zajęło mi nauczenie się „kiedy skończyć”. To jest niesamowita umiejętność, bo kiedy skończymy „we właściwym momencie” mamy już zrobione 40% roboty na kolejną jazdę. Tak właśnie jest i przy młodych koniach, które moment odpuszczenia, zdjęcia presji, końca jazdy odbierają jako bardzo pożądaną nagrodę, możemy to, żeby utrwalić coś co bardzo się udało i co chcemy aby zapamiętały.
Kiedy zaczynałam jeździć sama bardzo skupiałam się, żeby „odrobić” wszystkie „zadania domowe” jakie dostawałam. Po latach dalej staram się odrabiać wszystkie zadania 🙂 ale nie na jednym treningu 😉 + jeśli coś o co proszę wyjdzie mi spektakularnie dobrze po 20 minutach jazdy albo nawet 15 minutach jazdy to nie mam problemu z tym, żeby od razu skończyć trening i tym samym utrwalić ten super moment.
Co ważne … jako ogólną zasadę zawsze przyjmuję też kończenie na przedostatnim ćwiczeniu, zanim coś się zepsuje. Minimalizacja efektów niepożądanych w jeździectwie jest bardzo cenna, dlatego nie trenujmy zbyt długo.
10. Jeździec pracuje na kontakt ale to koń go oferuje
Jeździec poprzez swój: dosiad, balans, pomoce, sposób jazdy, całym sobą oddziałuje na konia układając jego ciało w konkretnej sytuacji treningowej.
To właśnie w wyniku tych działań koń oferuje kontakt – o określonej jakości. Generalnie im lepsza jazda tym lepszy kontakt.
ALE pamiętając że kontakt składa się z czynnika ludzkiego i końskiego musimy brać pod uwagę każdy z nich. Tzn. jeśli koń ma na sobie kiełzno które mu nie odpowiada, albo wykazuje bolesność, albo ma z czymś trudność to nawet najlepszy jeździec cudów nie zdziała i trzeba zastanowić się co nie pasuje. I na odwrót nawet najlepiej wyszkolony koń nie da fantastycznych odczuć, kiedy jest marnie jeżdżony.

