Szkoleniowy kwiecień

Miesiąc kwiecień był super…

Kwiecień intensywny, efektywny, ciekawy i bezpieczny. Czego chcieć więcej. Zaczęłam poznawać nowych uczniów, którzy trafili do mnie z voucherów i nie tylko. Bardzo dziękuję raz jeszcze za Wasze zainteresowanie! Obiecuję zająć się wszystkimi szczegółowo i z sercem <3

Szkolenia na które udało się pojechać były suuuper zarówno w kwestii klasycznej i ujeżdżeniowej, jak i naturalowej, horsmanshipowej. Nowe konie nabrały ciałka i zaczęły wyjeżdżać na lonżownik z plecakiem (czyli ze mną) na grzbiecie – do majówki miałam zrobione wszystkie na lonży.

Długi weekend zaczynałam z lekkim sercem, zadowolona i z poczuciem, że mogę w całości poświęcić się pisaniu mojej pracy dyplomowej. Może niezbyt to wspaniałe spędzać wolny czas przy komputerze ale co zrobić.

Dlaczego kocham szkolenia

Dominującą rzeczą w kwietniu były szkolenia … uważam, że są one bardzo ważne dla rozwoju jeździeckiego. Szkolenia dają: inspirację, pozwalają odswieżyć głowę, podpatrzeć nowe rozwiązania i elementy + zobaczyć obszary styczne różnych metod szkoleniowych. Po za tym ja wychodzę z założenia, że kto się nie rozwija ten się cofa, dlatego jeśli mam możliwość to bardzo chętnie korzystam z wiedzy innych i uczę się gdzie tylko mogę. To jest taki mój quality time i czas żeby przyswoić duuużo wiedzy (przynajmniej taką zawsze mam chęć i cel jadąc na szkolenia, obserwować, słuchać i próbować – albo na szkoleniu albo po nim)

Taming Wild – Elsa Sinclair

Zacznę ten miesiąc od Rudzia. To szkolenie to był mój i Rudego quality time. No i oczywiście Gosi także … bo pojechaliśmy naszym rodzinny stajennym trio. Już chyba w styczniu wspólnie z Gosią postanowiłyśmy, że pojedziemy – Rudzio i ja i Gosia na szkolenie z osobą prowadzącą trening koni w oparciu o freedom based approach – czyli o podejście bazujące na języku konia, cyklach stresu i ogólnie o uzyskaniu porozumienia i komunikacji z koniem BEZ wykorzystania jakichkolwiek narzędzi sztucznych- smaczki, lina, uwiąz, stick, bacik – WSZYSTKO sio – liczy się tylko ciało i HARMONIA (słowo klucz szkolenia)

Więcej o tym jak było możecie przeczytać w osobnym wpisie w całości dedykowanemu temu doświadczeniu. TUTAJ

Ja napisze tylko tyle, że było wspaniale – uwielbiam wyjeżdżać na szkolenia zwłaszcza z Rudziem, bo jest moim partner in crime i totalnym papierkiem lakmusowym na wszelkich specjalistów od „końskiego” języka. Rudzio ZAWSZE bardzo docenia moje wszelkie starania aby komunikowac się z nim w jego języku + jest już taki dojrzały, spokojny, opanowany i można na nim polegać także w nowych miejscach. LOVE THAT GUY . Świetnie się bawiliśmy, a Rudzio był jak zawsze prymusem, podbiegającym do Elsy i pytającym: „Hej człowieku który biegle mówisz w moim systemie komunikacji, co tam teraz będziemy robić?” Do mnie też to mówił ale ja nie umiałam tak sprawnie wejść we flow więc trochę tracił zapał – choć pozostawał wyrozumiały i kochany – bardzo się starał, żebym nadążyła.

Myślę, że ten wyjazd całościowo wpłynie na naszą relację na wolności i na czytanie naszego body language i uważność na siebie nawzajem. Duże serce dla mojego wyjątkowego przyjaciela i cudownej Gosi! You are the best!

Isia na konsultacjach

O tym szkoleniu także „było głośno” omówieniu jak było poświeciłam masę czasu i trochę naklikałam się w klawiaturę, żeby wszystko opisać. Także chcących przeczytać o tym jak królowa Isia sobie poradziła zapraszam TUUUUUUU

A ja napiszę tylko, że Isienia spisała się na medal! Brawo koniku!

Młodziaki – świeżaki

Obiecałam przed Wielkanocą opisać nowe konie które przyjechały. Przyjechało ich sporo, a mi w udziale przypadł: Sernik, Mazurek, Brownie, Błyskawica, Książę i Pielgrzym. Dlaczego takie ciastkowe imiona ? Konie przyjechały chwilę przed świętami, więc żeby w światecznym klimacie pozostać taram mamy Sernika i Mazurka – a Brownie jest maleńkim skarogniadym dresażowym małpiszonem o własnym zdaniu więc imię Brownie oddaje jego kolor i rozmiar – bo jest jak mały kawałek tego ciasta sprzedawany w Sturbucksie.

Sernik jest piękny <3 i to nie ulega wątpliwości. To zabawne ale za każdym razem kiedy przyjeżdżają i wyjeżdżają nowe albo już ułożone konie mam wrażenie że mijam się z przeznaczeniem, bo dosłownie w KAŻDYM rzucie jest jakiś super koń … który wydaje się TAKI DLA MNIE. Ledwo pożegnałam się z Quotim z poczuciem, że może właśnie pojechał sobie „ten jedyny” a już przyjechał Sernik. Długonogi kasztan z pięknymi trzema skarpetkami, blond grzywą i nieziemskim wprost ogonem, naturalnie szukający kontaktu, ustawienia z NIESAMOWITYM RUCHEM. AAAAAAACH i jak tu się nie zachwycać nie hahha.

Wszyscy chodzą już na lonży – jest moc!

Gniaduś – pan gentleman

Gniaduś był naszym wzorowym uczniem, którego bardzo polubiłam. Jak pisałam wcześniej robiłam z nim głównie ujeżdżeniową pracę, bo z same skoki nie pozostawiały wiele do życzenia, a nawet jeśli można było coś poprawić to założyłam, że poprawa przyjdzie sama i wyniknie z ćwiczeń na płaskim – nie pomyliłam się ani trochę. Gniaduś był koniem posłusznym, grzecznym i super karnym (był też ogierem, ale tak doskonałym, że ogierowość nigdy nie dała o sobie znać). Na początku po prostu robiłam robotę, bo mimo swojej wspaniałości był słabo powyginany i mało oparty na pomocach, a potem pewnego dnia robota zaczęła robić się sama, bo Gniademu zaczął podobać się nowy styl jazdy, w którym to on pracuje a jeździec zamiast w pocie jeźdźca odwalać całą robotę siedzi i udziela delikatnych wskazówek co koń ma robić. Wtedy już było super i co zabawne przestałam odczuwać jaki z niego duży chłopak.

Gniaduś to rozmiarowo bardzo mój koń, czyli duuuży (ale nie tak wysoki jak Guliwer)

To co lubiłam na Gniadym najbardziej, kiedy jego galop stał się wygodny i luźny, to równość każdej foulee. Dzięki temu dojazd do przeszkód był bardzo prosty.

Pamiętam, że przed naszymi ostatnimi skokami weszłam do boksu i powiedziałam: „Kochany Gniadku bardzo cię proszę poskacz dzisiaj pięknie jak przystało na sportowego konia, bo dzięki temu nie będę musiała ciebie skakać specjalnie w majówkę drugiego maja” Gniaduś zrozumiał mnie bezbłędnie i skakał na medal prawda?

Emiś – Pan Ogier Malowany

Emiś dał mi przed wyjazdem prezent w postaci niesamowitych zdjęć, i totalnie zachwycił Cecylię swoją osobą i malowaniami. Naprawdę nauczył się galopować aktywnie naprzód z czego jestem dumna! Ten koń miał pazur i był bardzo figlarny. Co prawda nie raz doprowadzał mnie do szału kiedy „chciałam go szybko ruszyć” a on postanawiał bawić się w berka. Radośnie wtedy zadzierał ogon i uciekał ile wlezie. Kiedy jednak już stawałam przy drzwiach hali ze zdegustowaną miną wtedy od razu podchodził z wyrazem pyska mówiącym: „To tylko zabawa, gdzie twoje poczucie humoru!?” Zawsze grzeczny. Trzymaj się kolego! A tutaj bardzo proszę zdjęcia: Hania i Emerald skaczący.

Emerald naprawdę nauczył się iść do przodu i podstawiać zad. Uczucie z siodła było wtedy fantastyczne. Stawał się spektakularnie okrągły i pod górę (jak piłeczka) – mimo że był koniem dosyć długim – doskonale rozumiał kiedy należy użyć zadu i podnieść przód 🙂

Jestem bardzo zadowolona z książkowości tego zdjęcia

Muminka i Jadzinka

Czy jest tu ktoś kto pamięta sesję zimową Jadzi 😀 teraz udało się zrobić jeszcze kilka zdjęć wiosennych. Czy ona nie jest piękna? Jadzia i Munia skończyły u nas trening i wracają do domów. Będę za nie mocno trzymać kciuki! Jadzia mimo tego, że nie była super łatwa do jazdy była koniem bardzo łasym na tulanie, głaskanie i zdjęcia. Kiedy galopowała na przeszkode i skakała czułam się na niej jak w mojej własnej rozgrywce rolexa (choć nie mam aspiracji żeby kiedykolwiek tam być) Prawdziwy skoczek z krwi i kości.

Jadzia naprawdę mnie lubiła – czułam od tego konia dużą sympatię w swoim kierunku. Sporo razem przeszłyśmy lecz finalnie przybiegała do mnie na pastwisku dopraszając się głaskania i uwagi. I była prawdziwie wysoka tak jak ja.

Co do Muni była koniem fantastycznym, mega starającym się, który na pewno da swoim właścicielom dużo zadowolenia. No i koniem po prostu pięknym… Kiedy już ją nauczyłam spokoju i relaksu to … radośnie jeździłyśmy sobie w ujeżdżeniowym siodle i było suuuuper.

Mówiąc szczerze gdybym dostałam Muminkę w prezencie nie wahałabym się ani chwili. Co z tego, że ma skokowy papier – jestem pewna, że na czworoboku byłaby najładniejszym koniem.

Pan Zilan fotogeniczny

Z Zilanem w kwietniu ładnie ogarnęłam galop na obie strony – konkretnie aktywność i rozgalopowanie, kontakt oraz drążki. Drążki!!! Pan Zilan kroczy dumnie drogą skokowego konia ku dorosłości! Łapcie fotorelację z jazdy! Zilana zachwyciło, że robią mu zdjęcia + on jest taki fotogeniczny skubany.

I cóż Zilan jest w pewnym stopniu zafascynowany moją osobą… ta mina mówi wszystko.

Moi uczniowie – ludzie i konie

I oczywiście mogłabym skończyć ten wpis, bo jak zwykle relacja zabrała mi duuuużo czasu i obszaru (aż 1365 slów) ALE są jeszcze nowe osoby które poznałam w kwietniu i ich konie! Oraz Ci najwytrwalsi, z którymi pracuję na co dzień i z którymi znamy się od dawna. Jednak ponieważ to szerokie spektrum charakterów – ludzkich i końskich obiecuję poświęcić im osobny wpis taki „uczniowy” bo opisując wszystkich w tym końcowym akapicie pominęłabym wiele ciekawych historii. A przecież jestem największą fanką właśnie moich podopiecznych!

Trzymajcie się ciepło i jesteśmy w kontakcie!

Hania

Udostępnij dalej
Przewiń do góry