Miesiąc marzec zaczynałam z grypą i gorączką … a skończyłam z alergią kichając i niemiłosiernie łzawiąc. Samo życie! Na szczęście sytuacja na froncie jeździeckim przedstawiała się O NIEBO lepiej … Moje konie zaczęły stawać się łabędziami… i po prostu cudownie było im w tym towarzyszyć.
Ostatnie szlify i pożegnanie
Marzec zaczynałam, ze stawką zajeżdżonych koni, które pozostawało naskakać i dorzeźbić. Tak jak pisałam w poprzednim podsumowującym poście ta grupa koni, to był worek indywidualistów, nad którym musiałam bardzo konkretnie się pozastanawiać. Praca była momentami dość mozolna, ale finalnie stało się to co stać się musiało… konie zrobiły się FAJNE i CHĘTNE do pracy.
Lady Osaka
Jakieś ostatnie 1,5 tygodnia przed pożegnaniem, jeździłam Osakę. Na zewnątrz panował pioruński hałas, bo akurat zwozili siano. Nie ukrywam, że wsiadałam trochę z duszą na ramieniu bo kobyłka miała dość niską tolerancję na wszelkiego rodzaju hałasy i inne końskie strachy. Co prawda bardzo pomógł jej join-up i ćwiczenia budujące relacje ze mną, ale wciąż jest młodym koniem, który ma prawo się wystraszyć. Chociaż przestraszała się w sposób wyjątkowo nieprzyjemny dla jeźdźca bo była bardzo szybka. Dodatkowo dobrałam jej lonżowanie na rozluźnienie, żeby relaks w głowie wspomóc rozciągniętym ciałem… No ale cudów się nie spodziewałam.
Akurat robiliśmy filmy żeby mieć uwieczniony ich aktualny poziom… Naprawdę jeżdżąc na niej po prostu starałam się „robić swoje” czyli dbać o okrągłość i uważność na mnie, każdą dekoncentrację przejeżdżać dosiadem na stabilny kontakt. I to co zobaczyłam na filmiku to był po prostu szok… bo konik zrobił się ładny, okrągły, o wiele luźniejszy… Spokojny w oku z uszami na mnie … Jak zobaczyłam nagranie to zapytałam: „Ej a na jakim koniu ja tu siedzę?” a to była właśnie Osaka.
Od tamtej pory jeździło mi się fajnie… klacz zaczęła być stabilna i solidna i ona naprawdę BARDZO STARAŁA SIĘ ZE MNĄ BYĆ. To był ten koń „szukający wsparcia” zawsze kiedy coś ją zaniepokoiło. Bardzo zaskoczyła mnie jej zmiana, bo nie spodziewałam się, że będzie taka duża a aż kilka osób powiedziało mi że ten koń jest zupełnie inny niż na początku. Kiedy pracujesz z koniem na co dzień tak bardzo tej zmiany nie zauważasz dlatego opinie ludzi z zewnątrz są szalenie istotne, żeby ten postęp dostrzec w pełni. Z Lady Osaki jestem naprawdę dumna!
Guliwer – mój ogromny przyjaciel
Guliwer to koń którego z początku jeździłam bo musiałam. A na koniec pokochałam go całym sercem, za drogę jaką wspólnie przeszliśmy i za to jak wspaniałym zwierzakiem się stał. Będzie na zawsze w moim sercu jako przykład brzydkiego kaczątka, które dzięki odpowiedniemu podejściu i treningowi okazało się łabędziem – z wyglądu i z charakteru.

Bardzo się ze sobą zżyliśmy i zbudowaliśmy wyjątkową więź, gdybym mogła to zostawiłabym tego konia dla siebie, bo to wyjątkowe zwierzę!

Po pierwsze mój ogromny Pan Guliwer mierzył jakieś ponad 180 cm w kłębię, przyjmijmy więc do obliczeń 180cm. Jeśli do tego dodamy jakieś 70 cm mojego tułowia i głowy (kiedy siedzę na koniu) to świat widziany z grzbietu tego konia oglądałam z wysokości ok 2m 50 cm – czyli wyżej niż strop mojego mieszkania XD. BAAARDZO WYSOKO … przy skokach ta wysokość była wprost proporcjonalnie wyższa w zależności od przeszkody.

Pan Wielki Koń, chyba największy na jakim dotychczas jeździłam
Zwłaszcza na początku ten rozmiar robił na mnie wrażenie ALE Pan Guliwer stał się po prostu: stabilnym, miękkim, łagodnym, delikatnym i spokojnym koniem o wspaniałym ruchu. Jazda na nim to już potem była sama przyjemność i w sumie żadnego konia nie byłam na skokach tak pewna jak jego. On po prostu uważnie składał nogi, z odwagą pokonywał przeszkody. Nawet kiedy raz ściągnęłam nogą stojak to na nim to w ogóle nie zrobiło wrażenia po prostu równo i spokojnie pogalopował dalej oddalając się dostojnie od chaosu, który powstał z przeszkody.
Był koniem, z którym prawdziwie się zaprzyjaźniłam, który zawsze jak wchodziłam do stajni i mówiłam „Cześć Guliwerku” kierował głowę w moja stronę i przychodził się przywitać. Nie ukrywam, że bardzo za nim tęsknie, bo miał wspaniałe chody i dużą jezdność. Na nim wszystko robiło się od łydki wybierając jedynie kontakt w ręce, a tenże kontakt był po prostu piórkowy, gramowy – choć wcale nie pusty. Największym fanem Guliwera zawsze był mój tata, który na pokazywane mu filmiki zawsze reagował w jeden sposób: „Jezu co za maszyna! Co za wspaniały koń”. Filmik tej „maszyny” wrzucam poniżej.
Styl „Na Kacperka”
Napisze to raz jeszcze … Kacperek to nie imię. Kacperek to styl życia i bycia. Musze powiedzieć, ze ten mały kosmaty dzik zrobił ogromny postęp, choć do końca zachował pewną frywolność i własne zdanie, którego nie bał się komunikować. Moim zadaniem było po prostu ignorowanie jego pomysłów i robienie tego co trzeba. Super skakał i naprawdę nauczył się zmieniać kierunki, robić przejścia i chodzić w ustawieniu. Jeździło mi się na nim tak jak na typowym skoczku, ale zawsze równo i bezpiecznie. I co najważniejsze Kaceprek zrozumiał zadanie jakim jest bycie koniem wierzchowym i po prostu wykonywał je bez zarzutu. Mimo, że wciąż rośnie i jeszcze jego ciało nie jeden raz się zmieni to rzetelna dłubanina przyniosła zasłużone efekty. Był moim koniem „do pojeżdżenia dla relaksu w 15 min”, który „gadał” fukając mi w nos albo do ucha.

Wypiękniony Kacperek z typową dla siebie kacperkową miną.
Benedykt i Księżyc
Benedykta odziedziczyłam do przegalopowania, nauczenia kontaktu i naskakania. Nie miałam zbyt dużo czasu, żeby jakoś specjalnie zżyć się z tym wysokim skarogniadym wałachem, ponieważ uczył się szybko i sprawnie. Moje sesje z nim to było krótkie rzeźbienie i cyk wszystko zrobione. Wspólnie przeszliśmy drogę od konia rzucającego głową → konia za pionem → konia uwieszonego → metamorfoza w KOŃ GUMOWY I ODPOWIADAJĄCY. Był bardzo przystojnym koniem, trafił mi się piękniś chociaż z ogromnym futrem zimowym do wyczesywania.
Wspólnie doszliśmy do jazdy w trzech chodach… zmian kierunków … taki młodokoński standard. Księżyc był moją zagadką, ponieważ z jednej strony był koniem BAAARDZO utalentowanym – z naturalnym balansem, siłą, energią i świadomością własnego ciała. Z drugiej strony nie czułam od tego konia sympatii w moją stronę, jaką zwykle darzą mnie „moje konie”. Nie czułam, żeby w jakikolwiek sposób się do mnie przywiązał czy polubił … Jednak przy takiej liczbie końskich podopiecznych, muszą się zdarzać i tacy którzy nie polubią nas tak jak byśmy sobie tego życzyli … co zrobić :/
Quoti – mój prywatny odrzutowiec
Było mi naprawdę smutno, że moja galopująca kanapa nas opuszcza. Ten koń był w 100% w moim typie czyli bardzo wsłuchany w człowieka i naturalnie reagujący na balans i dosiad. Co ciekawe kiedy zaczęłam na nim jeździć w ujeżdżeniówce to on jakby poczuł, że jest do tego stworzony.
Wspaniale reagował na moje ciało zarówno w ruchu do góry jak i w dół. Bardzo naturalnie moje ciało się na nim układało – ten koń był tak luźny i przyjemny, że stosunkowo łatwo było na nim poprawnie siedzieć. Praca z nim była prosta, szybka i przyjemna. Koń na poprawę humoru, deszczowy dzień, na motywację. Co ważne, na początku trudno mu było się zrelaksować na początku jazdy, jednak bardzo szybko zrozumiał, że nie ma się czego bać, ani denerwować (ale nie chodziło o bojaźliwość czy podpłaszanie tylko o o opanowanie energii kipiącej wewnątrz konia) i kiedy już odpuścił to był cały mój rozluźniony, delikatny, wrażliwy i piękny.
Król Melchior
Melchior już w pierwszych tygodniach zapracował na łatkę „on wszystko umie” bo faktycznie tak było i pozostało do końca. Przez cały swój pobyt nie zrobił nic niegrzecznego, czy niebezpiecznego. Taki po prostu grzeczny i miły Pan Koń cierpliwie czekający na swoją kolej. Zaskoczył mnie kiedy w ostatnim tygodniujeździłam go z koleżanką na hali razem z innym skokowym koniem. Przed jazdą puściłyśmy nasze konie, żeby spokojnie się wybiegały i wybrykały bez nas na grzbiecie. Oba konie biegały luzem, więc mogłam obserwować ich ruch i prezencję. Muszę napisać, że Melchior naprawdę dostał sylwetki i ruchu ujeżdżeniowego konia… choć był na początku prawdziwie brzydkim kaczątkiem. Będę go bardzo miło wspominać jako mojego „pewniaka” i „Pana Prawdziwie Grzecznego”.
Kończąc wątek TYCH wyżej opisanych koni – wróciły do domów. Mam już nowe dzieciaki do pracy i zabawy, ale o nich napiszę w kwietniu. Może niektórzy z Was zastanawiali się skąd imię Kacper i Melchior, wyjaśniam że te konie przyjechały w okresie świątecznym. W związku z tym aby pozostać w klimacie gwiazdkowym 3 wałachy zostały nazwane od imion 3 króli czyli Kacper, Melchior i Baltazar(którego nie jeździłam) właśnie 🙂 Tak tak, nowe konie mają imiona bardzo wielkanocne ale o tym w kwietniu.
Co słychać u starych znajomych?
JADZIA, MUMINKA, EMERALD I KOSTEK (którego przechrzciłam na Gniadusia, bo jest gniady i kochany)
EMERALD

Chcąc nie chcąc muszę przyznać, że jego wygląd dodaje mu spektakularności. Konio fajnie pracuje, gimnastyka sprawiła, że udało mi się go dostać bardziej aktywnego i rozgalopowanego przez co łatwiej mi się go prowadzi na skokach. Po za tym naprawdę poprawiła mu się kondycja dzięki czemu nie jest już takim leniuchem. Fajnie mi się z nim pracuje i coraz lepiej się zgrywamy.
KOSTEK vel GNIADUŚ
Gniady to bardzo duży koń, śmieję się że „wagonowy”. Głównie skupiamy się na gimnastyce, miękkim i równym galopie oraz ogólnym rozluźnieniu i podstawieniu zadu. Ładnie nabiera kondycji myślę, że w tym miesiącu najwyższy czas zacząć już coś poważniej skakać. Choć nie ukrywam, że uwielbiam jeździć go w ujeżdżeniowym siodle, bo wspaniale się wtedy na nim galopuje. Kiedy Gniaduś działa jak należy to wygląda tak… musicie przyznać, że piękny z niego koń. W następnym miesiącu obiecuję więcej zdjęć tego przystojniaka.
MUMINKA
Munia czyli Muminka to mój ukochany koń. Nie wiem do końca jak to się stało ale tak właśnie jest. Pewnego dnia ją nagrywaliśmy i wtedy ktoś powiedział „Hania ty faktycznie bardzo lubisz tego konia” sama wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to prawda… bo po prostu robiłam swoje i starałam się maksymalnie wykorzystać jej skupienie na mnie. Ale potem okazało się, że ten koń jest bardzo „mój” i że lubimy się na wzajem. Po prostu mamy dobry kontakt i w tym koniu jest coś wyjątkowego. Po za tym, że jest śliczna. Prawda?

W tym miesiącu nasza praca układała się na tyle dobrze, że spróbowałyśmy poskakać z galopu. To dla tej klaczy ogromny krok na przód. Najważniejsze że Munia spokojnie podchodzi do przeszkody pozostając w kontakcie z jeźdźcem przed i po skoku, wracając do mnie z pytaniem CO ROBIMY DALEJ?.

Doszły też bardziej skomplikowane drążki z galopu żeby nauczyła się aktywnie używać zadu. Cały czas budujemy rytm i podstawienie zadu. Udało mi się parę razy wsiąść za nią w ujeżdżeniowym siodle i było suuuuuper! Ona jest skoczkiem ale ma taką urodę, że nikt by się jej nie powstydził na czworoboku. To pewne! Marzec to był zdecydowanie JEJ MIESIĄC. Dziękuję za wszystkie super momenty, zrobiła milowy postęp. Jest koniem bardzo wrażliwym, dlatego dbam o to aby nie poczuła się przytłoczona wymaganiami i zadaniami.
JADZIA
Jadzia zrobiła w tym miesiącu tonę dobrej roboty, bo jej skoki poszły do góry i zaczęłyśmy jeździć kombinacje przeszkód coś na kształt parkuru. Po tym wszystkim trochę się zmęczyła więc nasza praca to teraz bardziej relaks i utrwalanie dobrych, znajomych podstaw. Konkretnie galopu.
Jadzia jest fanką skakania, ale zupełnie nie interesuje jej spokojna i równa jazda pomiędzy przeszkodami… co trochę nam utrudnia życie. Muszę naprawdę nieźle się namęczyć i namyślić „o co jej dzisiaj konkretnie chodzi..?” + tego konia jeździ się TYLKO I WYŁĄCZNIE dosiadem. I jak dosiad nie jest perfekcyjny to mogę sobie iść na drzewo. Tak więc zamykam uda, łydki, cofam ramiona napinam i rozluźniam brzuch i dążę do podstawienia zadnich nóg przez ciało, żeby było spokojnie, równo i aktywnie. I tak sobie rzeźbimy…
Jadzia zaskakuje mnie na skokach tym, że nawet jeśli NIC nie pasuje to ona i tak SKOCZY… Pewnego dnia jeździłyśmy przeszkody po ósemce żeby ćwiczyć sterowność i gimnastykę. Ponieważ to był ten moment kiedy Jadzia postanowiła zignorować moją lewą łydkę i rękę radośnie w dość mocnym tempie zmierzałyśmy na stojak – co zrobiłby każdy inny młody koń (albo przynajmniej zdecydowana większość) pewnie ominąłby przeszkodę. Co zrobiła Jadzia … kiedy tylko zorientowała się że skakanie może ją ominąć natychmiast sama zmieniła trasę i oddała płynny czysty skok. I ja ją o to nie prosiłam bo spodziewałam się raczej ominięcia przeszkody. To jest „mój koń który skacze wszystko” i czuje się na niej fantastycznie pewnie, tylko dlaczego ona jest takim typowym skoczkiem co nie kocha ujeżdżenia ani trochę.

Jumping higher

Królowa Isia
W marcu po mojej grypie miałam dla Isi nowy plan… plan który okazał się strzałem w dziesiątkę. Skupiamy się na utrwalaniu i rzeźbieniu podstaw, ale w bardziej zaawansowany sposób. Chodzi o pracę zadu, aktywność i szybkość tylnych nóg, ustawienie potylicy i całej górnej linii. To jest niby polerowanie tego co już mamy, ale to jest przeogromnie dużo pracy. Zarówno dla Isi fizycznie jak i dla jej głowy to duże wyzwanie. Także dla mnie samej, też czasem gotuje się pod kaskiem kiedy musze to wszystko przemyśleć, zrobić, przekonać do tego Isię i w tym wszystkim znaleźć równowagę pamiętając, że rzeczy są trudne, a to wciąż młoda klacz. Niemniej działamy i kiedy zobaczyłam jak Isia galopuje na lonży to serce mi urosło. Pamiętam jej pierwsze galopy kiedy robiła się jamnikiem, a teraz to po prostu przystojna ujeżdżeniowa klacz, z początkami zawieszenia w kadencji i galopem który jest na zadzie.
Dodatkowo, zaczęłyśmy jeździć na dworze i marzec zaplanowałam jako miesiąc habituacyjny do pracy na zewnątrz. Jak to się udało? A no tak tak, że udało nam się dostać jedną fantastyczną jazdę na dworze na czworoboku gdzie zrobiłyśmy płynne przejścia do kłusa z galopu po przekątnej z WSPANIALE wyjechanymi narożnikami.
Kto trenuje ujeżdżenie ten wie (na skokach to też jest ale w ujeżdżeniu bardziej to czuć), że kiedy koń jest dobrze podstawiony i ustawiony na pomocach w narożniku czas jakby zwalnia i a my możemy go przygotować do zadania, które będziemy wykonywać kiedy z narożnika wyjedziemy. I właśnie podczas jednej z jazd na dworze robiąc przejścia na przekątnych przekątne i zagalopowania UDAŁO NAM SIĘ – dostać TAKIE NAROŻNIKI, oraz totalnie olać wyjącego psa sąsiadów, odbicie w szybie samochodu, ćwierkające w żywopłocie wróble. BYŁAM Z ISI TAKA DUMNA udało nam się tez zaliczyć galop na polu w terenie i było wspaniale. Miałyśmy też fajny trening z Martą, po mojej grypie, podczas którego Iśka robiła coraz większe zakresy ustępowań i miała dobre chody.
No i w tym wszystkim obtarła mi się pod popręgiem, ponieważ zmienia sierść więc jest całościowo wrażliwsza i po tym obiecującym i intensywnym czasie skazane byłyśmy na wolne aż ranka się na dobrze nie zagoi. Mamy już kupione futerko żeby zapobiegać temu na przyszłość. Czy nic nie robiłyśmy? … ani trochę dzielnie chodziłyśmy na spacery po wsi, żeby zapoznawać się z ziemi z banerami, psami, traktorami, budowami i tym wszystkim czego sportowy koń obawiać się nie powinien. Na początku Isia nie była fanką tych spacerów… ale na ostatnim spacerku szła już totalnie zrelaksowana ze spuszczoną głową miękko kiwając się na boki. Także hmmm jestem ciekawa jaka będzie po tej przerwie.
Ja musze napisać, że NIESAMOWICIE tęskniłam za treningami… i dlatego nawet moje skokowe konie jak mogłam to rzeźbiłam w ujeżdżeniówce. Miałam wtedy poczucie że moje zadania w pracy są spójnę z moimi personal goals. Skokówkom ta Hania tęskniąca za ujeżdżeniem zrobiła naprawdę dobrze.

A kto tu jest małym mokrym szczurem… Isia pierwsze wiosenne kąpanko…. (+ nie myje koni w Ludwiku mam tam roztwór z szamponu XD ale butelka jest świetna w aplikacji)
Młody Ogier – Pan Zilan
Nie wiem co mam o nim napisać… to po prostu ogier. Praca z nim przebiega tak jak powinna przebiegać praca z młodym koniem. Małymi krokami do przodu, Zilan z każdego spotkania wynosi bardzo dużo jakby odrabiał lekcje. Prosto wchodzi na kontakt, łapie równowagę, udaje mi się przepracować naturalną asymetrię. Wszystko książkowo, choć młody ma też swoje zdanie, które zdarza mu się dosadnie zakomunikować. Robi duże postępy.
Rrrrrruuuuudzio
Nietsety planowane na początek kwietnia szkolenie z Bettiną się nie odbyło. Duży smuteczek, jednak czasem tak bywa. Razem z Gosią realizujemy nasz plan wzmocnienia Rudzia kondycyjnie, żebym mogła na nim też trenować. Jestem z siebie dumna (z Rudzia oczywiście też, ale on nie ma problemów z mobilizacją żeby po całym dniu w pracy dojechać do stajni).
Tak jak założyłam udało mi się być u niego min. 2 razy w tygodniu, spędzić miło czas i trochę poćwiczyć. Rudzio jest przede wszystkim moim przyjacielem, koniem którego cenię za to że jest bo nauczył mnie przeogromnie dużo i jest istotą wyjątkową. Co do treningu zależy mi po prostu, żeby był w dobrej formnie i kondycji dlatego wszystko robimy małymi krokami ale konsekwentnie. Nie mam żadnych oczekiwać, jednak niezmiernie mnie cieszy JAK ON CZEKA NA NASZE SPOTKANIA. Po prostu się cieszy, że mam dla niego więcej czasu, i że wspólnie możemy się bawić. Wspaniale, że znów możemy razem działać.
Bo ja uczę także ludzi …
Po pierwsze DZIĘKUJĘ ZA ZAINTERESOWANIE JAKIM CIESZYŁY SIĘ MOJE VOUCHERY ! Czytam Wasze ankiety i nie mogę się doczekać, aż poznam Was osobiście.
Niagara i Leti podobnie jak Isia dostały nowy plan treningowy. Wiąże się on m.in. z tym że ja również będę na Niagarę wsiadać. Leti po mojej drugiej sesji z Niagarą powiedziała, że czuje dużą różnicę! Musicie przyznać, że pasuje mi ten rozmiar konia. Pracuję teraz z dużą liczbą dużych koni … chyba czas na osobny post z tej okazji.

Gosia skupiła się w tym miesiącu na poprawie swojej postawy i techniki. Także uda, pośladki i brzuch płoną … Jestem dumna jak pilnie odrabia zadania domowe. Efekty już są widoczne! W tym miejscu napiszę małe wyjaśnienie, Rudzio jest koniem na którym przejścia robi się albo dobrze albo wcale. Zrobienie prawidłowego przejścia galop–> kłus jest na Rudziu trudne i wymaga duże stabilności i świadomości pomocy. Jestem przedumna, że na jednym z marcowych treningów Gosi udało się to zrobić 12/10. Widać, że ćwiczyli na własną rękę.
Na koniec
Jak widzicie po ilości tekstu, ten miesiąc był przeintensywny. Dużo koni już zrobionych do jeżdżenia… nowe plany i cele treningowe do zrealizowania z moimi uczniami oraz perspektywa poznania nowych osób i koni.
Ten miesiąc był super dobry. Wiosenny, pracowity i bardzo fajny! Oby więcej takich. Następne tygodnie, będą obfitować w dużo nowych wyzwań… dla mnie i dla moich koni. TRZYMAJCIE KCIUKI, obiecuje wszystko zrelacjonować na IG i oczywiście opisać tutaj!
Uściski,
Hania

